Wybory parlamentarne i regionalne w Petersburgu. Przebieg i konsekwencje
Wstęp
Wybory do Dumy Państwowej oraz lokalnych zgromadzeń prawodawczych w Rosji przedstawiono w Polsce tendencyjnie i jednowymiarowo. Jako główny temat w mediach jawiła się ogłoszona kilka tygodni przed wyborami zamiana na stanowiskach prezydenta i premiera – o tyle znamienna dla warunków rosyjskich, co chwytliwa, prezentowana jako coś egzotycznego i w sam raz nadającego się na połowicznie poważny artykuł do działu „świat” każdego liczącego się dziennika oraz czasopisma. Czasami kuszono się o poważniejsze podejście – pojawiały się głosy, że partia władzy, Jedna Rosja, może bardzo dużo stracić z poparcia uzyskanego cztery lata temu, dającego jej w kończącej się kadencji Dumy większość konstytucyjną. Takie twierdzenia były poparte sondażami przedwyborczymi wykonywanymi na zlecenie niezależnych od Kremla ośrodków. Trudno było jednak dostrzec próbę pogłębionej analizy skutków, jakie może wywołać zwycięstwo Jednej Rosji z niewielką tylko przewagą. Jedynym elementem kampanii wyborczej powtarzanym w Polsce hasłem stał się slogan „nie dla partii żuli i złodziei” – używany co prawda przez Sprawiedliwą Rosję, obecny jednak w retoryce wszystkich ugrupowań wyznających zasadę „głosuj na kogokolwiek, byle nie na Jedną Rosję”.

Po ogłoszeniu wyników okazało się, że wybory nie były tylko formalnością, gdyż zmieniające się preferencje Rosjan zmusiły władzę do mobilizacji aparatu partyjnego i państwowego na każdym szczeblu, a przebieg głosowania oraz liczenie i protokołowanie głosów wywołały protesty na znaczną skalę. Taki scenariusz brali pod uwagę zarówno eksperci, komentatorzy, jak i politycy opozycyjni. Interesujące było więc dla mnie obserwować kampanię od środka jako uczestnik wymiany naukowej, a następnie – już jako akredytowany obserwator – osobiście weryfikować ostrzeżenia wielu organizacji o możliwości fałszowania wyników głosowania.
1. Specyfika Petersburga
Petersburg posiada wiele cech charakterystycznych, które powodują, że można się w nim spodziewać innego rozłożenia sympatii wyborców niż np. w Moskwie czy Wołogdzie. Po pierwsze, miasto w dużym stopniu różni się od innych części Rosji – jest inteligenckie, akademickie, otwarte na Zachód, stanowi wreszcie główne centrum kulturalne kraju. Po drugie, Petersburg uważany jest za bastion formacji centrolewicowej lub, jak niektórzy uważają, socjalistycznej – Sprawiedliwej Rosji, która jeszcze kilka lat temu stanowić miała fasadową przeciwwagę dla Jednej Rosji, odbierającą głosy komunistom, a teraz stawia się w jaskrawej opozycji do partii władzy.
2. Kampania wyborcza
Kampania przed wyborami była w Petersburgu słabo zauważalna. Na ulicach nie było wielu ogłoszeń, a kandydaci stosunkowo rzadko pokazywali się publicznie. Jedynie w kilku punktach miasta rozstawiono namioty, służące za punkty informacyjne poszczególnych ugrupowań, a na stacjach metra zawisły plakaty Jednej Rosji odnoszące się przede wszystkim do wyborów regionalnych, podkreślające wyjątkowość Petersburga i zasługi „jedinorossów”. W miarę zbliżania się dnia wyborów pojawiało się coraz więcej ulotek i naklejek z hasłem „Nie dla żulików i złodziei”, utrzymanych w pomarańczowej kolorystyce Sprawiedliwej Rosji, pozbawionych jednak logo jakiejkolwiek partii politycznej (co jest o tyle zrozumiałe, że takie samowolne ich umieszczanie w przestrzeni publicznej jest sprzeczne z prawem). Dostrzec je można było na znakach drogowych, słupach sygnalizacji świetlnej, w środkach komunikacji miejskiej itp. Służby porządkowe najwyraźniej nie zajmowały się pieczołowicie ich usuwaniem.
Budowanie kampanii w oparciu o ostry konflikt z Jedną Rosją nie jest w warunkach rosyjskich rzeczą oczywistą, co pokazało zachowanie innych głównych partii. Komuniści od dawna mogą liczyć na stabilne, dwudziesto-, trzydziestoprocentowe poparcie, i są postrzegani jako nieodłączny, a zarazem stosunkowo mało groźny dla władzy element rosyjskiej panoramy politycznej. Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji Władimira Żyrinowskiego natomiast wielokrotnie popierała inicjatywy rządowe. Stanowi ona także – dzięki radykalnym i niemającym nic wspólnego z liberalizmem czy demokracją hasłom –wygodny wentyl bezpieczeństwa, trzymający skrajną prawicę nacjonalistyczną częściowo w ramach systemu.
Dwie największe po Jednej Rosji partie po cichu akceptują więc porządek, w jakim przyszło im funkcjonować i stanowią (zwłaszcza LDPR) koncesjonowaną opozycję. Nawet demokratyczne Jabłoko Grigorija Jawlińskiego wielu Rosjan uważa za partię częściowo zależną od Kremla. Wielu Rosjan twierdzi wręcz, że opozycja w Rosji ma charakter wyłącznie pozasystemowy, gdyż jedyne niekontrolowane przez władzę partie to te, którym konsekwentnie odmawia się rejestracji.
W Petersburgu zjawiska ogólnorosyjskie występują są komplikowane przez dodatkowy czynnik – poparcie dla Jednej Rosji w mieście i przylegających doń miejscowościach nie przekracza 20 procent. Stanowi to problem z kilku powodów. Po pierwsze, mowa o kilkuset tysiącach głosów, które mogą powędrować do innego niż prorządowe ugrupowań, wpływając tym samym na wynik w całym kraju. Po drugie, poprawa względnie słabego poparcia wymaga dużego wysiłku ze strony działaczy lokalnych, jeśli wynik partii władzy ma pozwolić jej na samodzielne rządzenie i wykazanie, że nadal cieszy się silną legitymacją społeczną.
Stres i naciski nie sprzyjały przejrzystości grudniowego procesu wyborczego, gdyż zwiększały ryzyko nieprawidłowości już na poziomie lokali wyborczych. Po trzecie wreszcie, w Petersburgu jako rodzinnym mieście rządzącego Rosją tandemu, w grę mogły ponadto wchodzić względy prestiżowe, dodatkowo mobilizujące struktury administracyjne i partyjne, tak by wynik zadowolił Kreml.
3. Przebieg głosowania i liczenia głosów
Wymienione powyżej czynniki spowodowały, że atmosfera w dniu wyborów była bardzo napięta. W każdym z wizytowanych przeze mnie lokali wyborczych nieustannie znajdowali się obserwatorzy z ramienia partii politycznych, najczęściej bardzo aktywni i natychmiast reagujący na każdą nieprawidłowość. Na podstawie ich informacji, popartych protokołami naruszeń, oraz własnych spostrzeżeń, stwierdziłem, że kilka nieprawidłowości miało charakter regularny czy wręcz masowy.
Rosyjska ordynacja wyborcza przewiduje wzięcie udziału w wyborach poza miejscem zameldowania na podstawie zaświadczenia wydawanego przez urzędy lokalne. 4 grudnia należało je wręczyć komisji, która dopisywała wyborcę do spisu i wydawała dwie karty do głosowania (do Dumy Państwowej oraz Zgromadzenia Prawodawczego Petersburga). Stworzyło to możliwość zaistnienia tzw. karuzeli (carousel voting), tj. osób, które głosowały w kilku lokalach wyborczych, za każdym razem przedstawiając nowe zaświadczenie. Jest to o tyle wygodny sposób fałszowania wyborów, że rozpoznanie zwielokrotnionych głosów post factum jest niemożliwe. Osoby głosujące w kilku miejscach były częstokroć na tyle nieostrożne, że nie omieszkały głosować nawet wtedy, gdy w jednym budynku (a często także pomieszczeniu) znajdowały się dwie komisje wyborcze. Co więcej, widziano autobusy wożące po kilkadziesiąt osób z lokalu do lokalu. Nie dziwi zatem, że dziennikarz Dmitrij Kamyszew określił wyniki wyborów z 4 grudnia jako „zwycięstwo «jedinowbrosów»” (od ros. brosit’ – wrzucać).
Powyższe zjawisko związane jest również z falami wyborców, tj. dużymi grupami ludzi przychodzących razem do lokali wyborczych. Było to widoczne zwłaszcza tam, gdzie lista wyborców nie była długa. Nagły natłok osób utrudnia skuteczną obserwację i zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia nieprawidłowości. Sytuacje takie miały miejsce zwłaszcza podczas dwóch ostatnich godzin otwarcia lokali wyborczych, co obszernie komentowały niektóre media rosyjskie, w tym prestiżowy tygodnik „Włast’”. Notabene, już po kilku dniach od wydania, cały nakład „Własti” zniknął z punktów sprzedaży prasy. Sprzedawcy najczęściej oznajmiali przy tym, że został wycofany.
Poważny problem stanowiły listy wyborców. Nagminne było, że komisje dysponowały spisami liczącymi po 700-800 osób, podczas gdy uprawnionych do głosowania było dwa tysiące. Zazwyczaj ludzie, którzy przyszli zagłosować i nie znaleźli swych nazwisk na liście, wyrażali zdziwienie i podenerwowanie. Jedynym wyjściem z takiej sytuacji byłoby przedstawienie dokumentu uprawniającego do oddania głosu poza miejscem zameldowania. Nikt o tym nie pomyślał, więc – przynajmniej początkowo – nie mógł zagłosować. Nawet jeśli komisja w końcu dopisywała takie osoby do listy, musiały one czekać – czasami po kilka godzin – na dostawę kart do głosowania (wyborców miało w końcu być zaledwie ośmiuset). Nic dziwnego, że wielu było tak podirytowanych, iż zaczynało krzyczeć i awanturować się.
Przeważająca większość lokali wyborczych była obserwowana co najmniej przez dwoje ludzi. Byli oni przede wszystkim reprezentantami partii politycznych. Przeważali obserwatorzy z ramienia Jednej Rosji, komunistów i Sprawiedliwej Rosji. Specyficzne dla Petersburga jest to, że również reprezentanci Jabłoka nie ustępowali liczebnie innym. Pracując przez kilka godzin w rejonie kirowskim miałem do dyspozycji mapę z zaznaczonymi lokalami wyborczymi i pokryciem ich przez obserwatorów. Jedynie kilka miejsc nie było obsadzonych.
Nierzadkie były różnice zdań między członkami komisji a obserwatorami. Gdy jeden z nich zbyt często zwracał uwagę komisji na niepełne przestrzeganie procedury, został poprzez głosowanie usunięty z lokalu, w którym zdecydowałem zostać, by obserwować liczenie głosów. Początkowo komisja zajęła się jednak porządkowaniem spisu wyborców, ponieważ do tysiąca stu osób na liście dopisano około siedmiuset nazwisk. Przepisywanie zajęło niemal cztery godziny i, sądząc po informacjach od innych organizacji zaangażowanych w obserwację wyborów, stanowiło kolejny sposób na fałszowanie wyników. Dopiero po stworzeniu jednego spisu komisja podliczyła głosy. Gdy wszyscy byli już bardzo zmęczeni i nieco podirytowani, przewodnicząca komisji stwierdziła, że nie ma siły ani ochoty, by podpisywać protokoły z wynikami głosowania, które – zgodnie z ogłoszeniem komisji – sporządzili obserwatorzy. Przystanie na takie postępowanie oznaczałoby ryzyko stworzenia nowego protokołu, który rozmijałby się z wynikami obliczonymi na podstawie zawartości urn.
Zauważalne było negatywne podejście komisji wyborczych do osób zainteresowanych wyborami, ale nieposiadających statusu obserwatora, mimo że zgodnie z prawem każdy – w tym cudzoziemiec – może przebywać w lokalu wyborczym bez zaświadczenia o byciu obserwatorem. Wiele osób było wypraszanych, słysząc przy tym, że ich obecność w lokalu jest zabroniona. Gdy raz celowo nie przestawiłem się jako obserwator, lecz student, zdarzyła się właśnie taka sytuacja. Poprosiłem więc przewodniczącą komisji o pokazanie przepisu prawnego zabraniającego przebywania mi na terenie lokalu. Widząc, że staje się ona coraz bardziej nerwowa, zrezygnowałem z nalegania, tym bardziej, iż obecni w pobliżu funkcjonariusze policji zaczęli się wyraźnie niecierpliwić.
4. Stosunek obserwatorów rosyjskich i wyborców do procesu wyborczego i obserwatorów międzynarodowych
Przebywanie przez dwadzieścia godzin w kilkunastu lokalach wyborczych było znakomitą okazją do porozmawiania z Rosjanami, zwłaszcza że posługiwanie się językami innymi niż rosyjski zachęcało co aktywniejszych do kontaktu i wyrażenia swojej opinii na temat kampanii wyborczej i samych wyborów. W większości wypowiedzi przeważało zmęczenie połączone z irytacją. Niektórzy rozmówcy mieli okazję być w krajach europejskich, a w swojej pracy przebywali np. ze Skandynawami, przez co doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak wygląda wcielanie w życie rosyjskiej idei „suwerennej demokracji” na tle systemów zachodnich. Wypowiadali się jednak z szacunkiem o swoim kraju, nie szczędząc gorzkich słów tylko pod adresem wierchuszki i rosyjskiej mentalności. Zauważali, że Petersburg jest miastem europejskim, znacznie różniącym się od pozostałych części Rosji, przez co pragnienie wprowadzenia zachodnich standardów jest tu silniejsze oraz bardziej ugruntowane. Wyczuwali przy tym, że odmienne sympatie polityczne byłej stolicy Rosji rodzą napięcie i niechętny stosunek władz, a wyniki znacznie odbiegające od ogólnokrajowych oznaczałaby prestiżową porażkę Kremla. Wydaje się, że taki rezultat byłby ważniejszy dla ducha miasta niż sprzeciw wobec samych wyborów jako „efektywnie funkcjonującego procesu wyłaniającego przedstawicieli władzy”, jak stwierdził jeden z poturbowanych podczas poniedziałkowej demonstracji aktywistów opozycyjnych. Sprzeciw powinien ponadto być zauważony poza granicami Rosji.
Wielu obserwatorów międzynarodowych wspominało o obserwatorach lokalnych, którzy – nawet jeśli w stopniu cząstkowym znali język angielski – starali się wytłumaczyć obserwatorom międzynarodowym, że wiele zjawisk jest niezgodnych z prawem. Niektórzy nalegali wręcz, by ich relacja została opublikowana w mediach zachodnich: podsuwali pod obiektywy protokoły naruszeń i wspólne oświadczenia wszystkich obserwatorów obecnych w danym lokalu wyborczym o nieprawidłowościach, co miało zwiększyć ich wiarygodność.
5. Wyniki wyborów
49,3% głosów oddanych na Jedną Rosję w wyborach do Dumy w skali całego kraju oraz 36,75% w petersburskich wyborach regionalnych odzwierciedla tendencję spadkową poparcia dla partii władzy, a jednocześnie – biorąc pod uwagę skalę naruszeń – pozwala sądzić, że rezultat uzyskany przez partię władzy byłby znacznie niższy, gdyby nie mobilizacja aparatu partyjnego i części administracyjnego. Wszystko wskazuje na to, że dokonano dużego wysiłku organizacyjnego, by już na najniższym szczeblu zwiększyć wynik Jednej Rosji. Mimo, że będzie ona rządzić przez kolejne 5 lat (wskutek wydłużenia kadencji Dumy o rok), po raz kolejny aktualne staje się pytanie, czy system polityczny w Rosji jest stabilny. Nadchodzące tygodnie poprzedzające wybory prezydenckie będą miały kluczowe znaczenie, by udzielić trafnej odpowiedzi.
Bezpośrednia konsekwencja wyborów to fala oburzenia społecznego, która największe rozmiary przybrała w Moskwie, Kaliningradzie, Władywostoku i Petersburgu. Przez tydzień od 4 grudnia zorganizowano wiele manifestacji przeciwko naruszeniom wyborczym, podczas których domagano się unieważnienia wyborów i ustąpienia premiera Władimira Putina. Władze w odpowiedzi aresztowały kilkuset protestujących, a w ciągu kilku dni zdążyły skazać kilkadziesiąt osób na kary grzywny lub aresztu.
Demonstracje w Petersburgu przebiegły spokojnie. Zorganizowane i liczne wystąpienia miały miejsce w dwóch miejscach: na reprezentacyjnym Prospekcie Newskim oraz nieco oddalonym od ścisłego centrum Placu Pionierskim. Według różnych szacunków, największa demonstracja zgromadziła od kilkunastu do 25 tysięcy osób. Policja i OMON interweniowały w sposób raczej łagodny. Część zatrzymanych narzekała jednak na warunki pobytu na komisariatach. Mieli oni utrudniony dostęp do wody pitnej, a także zdarzało się, że w celach przebywało tyle osób, iż niemożliwe było spanie. Wśród mieszkańców Petersburga największe oburzenie i zdecydowany protest wobec postępowania władz, tak w trakcie wyborów, jak i bezpośrednio po nich, wyrażali przedstawiciele środowisk akademickich. Na ulicy głosy sprzeciwu były również słyszalne, zwłaszcza wśród młodych ludzi.
6. Rozwój wypadków do wyborów prezydenckich w marcu
Można spodziewać się, że uciszenie protestów w Petersburgu nastąpi później niż w innych częściach Rosji, tym bardziej, że dysonans między wynikami Jednej Rosji w wyborach do Dumy a regionalnymi jest znaczny i może budzić wątpliwości. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że władza będzie starała się umożliwić wyładowanie frustracji i niezadowolenia na manifestacjach czekając, aż protesty same ustaną. Nie jest to jednak oczywiste w świetle nadchodzących wyborów prezydenckich. Presja Kremla na terenowe struktury administracyjne i partyjne, by wynik obecnego premiera był jak najwyższy, przez co odzyska on silną legitymację społeczną pozwalającą mu na triumfalny powrót na stanowisko głowy państwa, może zachęcać do jeszcze większych niż grudniowe naruszeń. W Petersburgu taki scenariusz niemal na pewno wywoła daleko idące skutki.
Powyborcze podchody Kremla
Atmosfera wokół przebiegu niedzielnych wyborów i ich rezultatów jest ciągle napięta. Demonstracje niezadowolonych potrwają z pewnością co najmniej kilka dni, a władza zdaje się liczyć na ich powolne wyciszenie i zachęcenie większej części społeczeństwa do zachowania biernej postawy utrzymaniem istniejącego status quo w kwestiach ekonomicznych, nadal pompując miliardy dolarów w subsydiowanie takich przemysłu rafineryjnego czy utrzymywanie niskich cen za usługi komunalne.
Oprócz skutków społecznych - protestów ulicznych i wzrostu niezadowolenia z polityki władz - media coraz częściej donoszą o poważnych konsekwencjach choćby niewielkiej destabilizacji kraju w innych sferach, przede wszystkim gospodarczej. "Wyborcza" informuje o możliwości ucieczki zagranicznych inwestorów z rynku rosyjskiego oraz groźbie eksplozji cenowej za jakiś czas, gdy koszty utrzymywania np. ceny benzyny poniżej 30 rubli (ok. 3,30 zł) za litr będą zbyt wysokie.

Jak podkreślają komentatorzy, mimo że skala niezadowolenia społecznego posiada duży potencjał - nie tylko z powodu nadużyć wyborczych, ale także wyczerpywania się dotychczasowej formuły rządzenia w Rosji - pozycja prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina jest niezagrożona. Na pewno ulegnie jednak osłabieniu. Rządzący tandem nie stara się wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym i postępuje w sposób podkreślający klasyczny już podział ról - Putin jawi się jako surowy szeryf potępiający demonstracje, a Miedwiediew stara się zrozumieć nastroje obywateli nawołując przy tym do przestrzegania prawa, co de facto jest zakamuflowanym żądaniem zachowania przez Rosjan biernej postawy i faworyzuje władzę.
Putin oskarżył Stany Zjednoczone, a w szczególności Hillary Clnton, o podżeganie do protestów. Jego zdaniem, Clinton jeszcze przed zapoznaniem się z jakimikolwiek raportami obserwatorów międzynarodowych, wyraziła niezadowolenie z przebiegu głosowania i tym samym zachęciła ludzi do wyjścia na ulice. Wszelkie sprawy związane z niedzielnymi wyborami nie przeszkadzają premierowi w zajmowaniu się nową kampanią, tym razem prezydencką. "Kommiersant" donosi, że Putin spotkał się z członkami Ogólnorosyjskiego Frontu Ludowego i wybrał Stanisława Goworuchina na szefa swego sztabu wyborczego.
Miedwiediew z kolei, jak informuje dziennik "Izwiestia", dał zielone światło Centralnej Komisji Wyborczej, by samodzielnie zajęła się sprawą potencjalnych nadużyć. Władza stara się tym samym powiedzieć, że wszystko, co miało miejsce 4 grudnia (w tym liczne i nieakceptowane przez nią nadużycia), powinno być rozwiązane w ramach istniejącego systemu (faworyzującego tę właśnie władzę). Na konferencji w Pradze Miedwiediew stwierdził, że CKW może ogłosić wyniki wyborów 9 grudnia, czyli zgodnie z wcześniejszym planem, chyba że potrzebuje więcej czasu, by zapoznać się ze zgłoszonymi przypadkami naruszeń. Sama CKW nie zamierza jednak przedłużać ogłoszenia wyników w nieskończoność. Jej członek, Siergiej Danilenko, powiedział "Izwiestiom", że obecnie brak jest "poważnych podstaw" wstrzymujących podanie ostatecznych wyników do publicznej wiadomości.
Miedwiediew uważa, że "wyniki głosowania odzwierciedlają poglądy obywateli, a poparcie otrzymane przez partie jest zgodne z prognozami socjologów". Jeśli przyjąć taki pogląd, wszelkie nieprawidłowości mają tylko charakter incydentalny i nie wpłynęły na ogólny wynik wyborów. Prezydent dodał, że ludzie mają jednak prawo wyrazić swoje zdanie, choćby w formie protestów i demonstracji. Powinny one jednak mieć charakter "spokojny i odpowiednią formę".
Działania władz pokazują, że zależy im na jak najłagodniejszym przetrwaniu okresu osłabienia, spowodowanego zarówno spadkiem poparcia społecznego (odzwierciedlonego w wyborach 4 grudnia, nie patrząc na nadużycia mające na celu złagodzić wymiar niezadowolenia), a także problemami gospodarczymi, które - choć na razie odczuwalne w niewielkim stopniu - dadzą się we znaki rosyjskiemu systemowi politycznemu i ekonomicznemu w ciągu najbliższych miesięcy. Interesująco będzie obserwować, na jaki wariant postępowania wobec opozycji - zwłaszcza pozasystemowej - zdecyduje się Kreml w obliczu nadchodzących wyborów prezydenckich i konieczności stopniowego odchodzenia od polityki subsydiowania gospodarki. Władza liczy zapewne na to, że uda się jej dotrwać do marca bez podnoszenia cen na podstawowe produkty oraz odzyskać zaufanie obywateli i dzięki temu doprowadzić do wyraźnego (jeśli nie miażdżącego) zwycięstwa Putina, który mógłby powrócić na stanowisko głowy państwa, legitymizując nie tylko swoje postępowanie, ale także ukształtowany w minionych 12 latach system polityczny Rosji.
Na podstawie: wyborcza.pl, izvestia.ru, kommersant.ru
Wybory? Na Wschodzie bez zmian
Wybory do Dumy Państwowej oraz lokalnych zgromadzeń prawodawczych w Rosji były przedstawiane w polskich mediach niezwykle tendencyjnie. Jako główny temat jawiła się zamiana na stanowiskach prezydenta i premiera – o tyle znamienna dla warunków rosyjskich, co zabawna, w sam raz nadająca się na rozrywkową wstawkę do działu „świat” każdego dziennika i czasopisma.
Czasami pojawiały się głosy, że partia władzy, Jedna Rosja, może bardzo dużo stracić z poparcia uzyskanego cztery lata temu, dającego jej w kończącej się kadencji Dumy większość konstytucyjną. Kilkukrotnie widziałem też teksty z rozbawieniem informujące o kampanii wyborczej, której najbardziej znanym hasłem stał się slogan używany przez Sprawiedliwą Rosję – „nie dla partii żuli i złodziei”. Głosowanie nie było jednak zabawą, a wyraźną wskazówką dla wszystkich niedowiarków, kto jest kim w Rosji i jakie są tego konsekwencje w ramach „suwerennej demokracji”.

Obserwacja wyborów w Petersburgu miała swoje cechy charakterystyczne. Po pierwsze, miasto w dużym stopniu różni się od innych części Rosji – jest inteligenckie, akademickie, otwarte na Zachód, stanowi wreszcie główne centrum kulturalne kraju. Już te cechy powodują, że można było spodziewać się innego rozłożenia sympatii wyborców niż np. w Moskwie czy Wołogdzie. Co więcej, Petersburg uważany jest za bastion formacji centrolewicowej lub, jak niektórzy uważają, socjalistycznej – Sprawiedliwej Rosji. Jej głównym przeciwnikiem jest ugrupowanie władzy, wobec którego jeszcze kilka lat temu stanowić miała fasadową przeciwwagę, starając się odebrać głosy komunistom.
Budowanie kampanii w oparciu o ostry konflikt z Jedną Rosją nie jest w warunkach rosyjskich rzeczą oczywistą. Komuniści od dawna mogą liczyć na stabilne, dwudziesto-, trzydziestoprocentowe poparcie, i są postrzegani jako nieodłączny, a zarazem niegroźny dla władzy element rosyjskiej panoramy politycznej. LDPR (partia Żyrinowskiego) natomiast wielokrotnie popierała inicjatywy rządowe, a także – dzięki radykalnym i niemającym nic wspólnego z liberalizmem czy demokracją hasłom – stanowi wentyl bezpieczeństwa, trzymający skrajną prawicę nacjonalistyczną częściowo w ramach systemu. Dwie największe po Jednej Rosji partie po cichu akceptują więc porządek, w jakim przyszło im funkcjonować. Nawet demokratyczne Jabłoko wielu Rosjan uważa za koncesjonowaną opozycję. Jeśli za wyznacznik takiego stanu przyjąć sam fakt rejestracji ugrupowania politycznego, jedynie Inna Rosja i kilka innych formacji może nazywać siebie prawdziwą opozycją.
W Petersburgu wszystkie te ogólne założenia wyglądają nieco inaczej i są komplikowane przez dodatkowy czynnik – poparcie dla Jednej Rosji w mieście i przylegających doń miejscowościach nie przekracza 20 procent. Stanowi to problem z kilku powodów. Po pierwsze, gra toczy się o kilkaset tysięcy głosów, które w dniu wyborów mogą powędrować do innego niż prorządowe ugrupowań, wpływając tym samym w dużym stopniu na wynik w całym kraju. Po drugie, lokalni działacze partyjni muszą się bardzo natrudzić, by uczynić coś z tak mizernym jak na Rosję poparciem, jeśli wynik partii władzy ma pozwolić jej na samodzielne rządzenie. Stres i naciski nie sprzyjają przejrzystości procesu wyborczego. Po trzecie wreszcie, jako rodzinne miasto rządzącego Rosją tandemu, w grę mogą wchodzić względy prestiżowe, dodatkowo mobilizujące struktury administracyjne i partyjne, by wynik zadowolił Kreml.
Trudno mi pisać o tym, na rzecz której partii wyniki wyborów mogły być naciągane. Chcę jednak przynajmniej wspomnieć o rzeczach, które wydały się podejrzane zarówno mi, jak i pozostałym obserwatorom z duńskiej organizacji Silba, której serdecznie dziękuję za możliwość współpracy.
Po pierwsze, rosyjska ordynacja wyborcza przewiduje wzięcie udziału w wyborach poza miejscem zameldowania na podstawie zaświadczenia wydawanego przez urzędy lokalne. Należało je wręczyć komisji, która dopisywała wyborcę do spisu i wydawała dwie karty do głosowania (do Dumy oraz Zgromadzenia Prawodawczego Petersburga). Zastanawiające jest, że widziano wiele osób, które głosowały w kilku lokalach wyborczych, za każdym razem przedstawiając nowe zaświadczenie. Były one przy tym na tyle nieostrożne, że nie omieszkały głosować wtedy, gdy w jednym budynku (a często także pomieszczeniu) znajdowały się dwie komisje wyborcze. Co więcej, widziano autobusy wożące kilkadziesiąt osób z lokalu do lokalu.
Powyższe zjawisko związane jest również z falami wyborców, tj. dużymi grupami ludzi, przychodzących razem do lokali wyborczych, co jest widoczne zwłaszcza w komisjach, w których lista wyborców nie jest długa.
Miałem okazję słyszeć o komisjach, które dysponowały spisami wyborców liczącymi po 700-800 osób, podczas gdy osób uprawnionych do głosowania było dwa tysiące. Ludzie, którzy przyszli zagłosować, a nie było ich na liście, byli bardzo zdziwieni i podenerwowani. Nie mogli zagłosować na podstawie zaświadczenia pobranego z urzędu, gdyż nie planowali głosować poza miejscem zamieszkania, a do tego sprowadzało się ich położenie, jeśli ich nazwiska nie figurowały w spisach wyborców. Nawet jeśli komisja dopisywała ich w końcu do listy, musieli czekać – czasami po kilka godzin – na dostawę kart do głosowania (wyborców miało być w końcu zaledwie ośmiuset). Nic dziwnego, że wielu z nich było tak podirytowanych, że zaczynało krzyczeć i awanturować się.
Spotkałem wielu obserwatorów (zazwyczaj przedstawicieli partii politycznych). Gdy jeden z obserwatorów zbyt często zwracał uwagę komisji na niepełne przestrzeganie procedury, został – przez głosowanie – usunięty z lokalu. W tym samym lokalu zostałem po jego zamknięciu, by obserwować liczenie głosów. Początkowo komisja zajęła się porządkowaniem spisu wyborców, ponieważ do tysiąca stu osób na liście dopisano około siedmiuset nazwisk. Zajęło to niemal cztery godziny. Dopiero potem komisja podliczyła głosy. Gdy wszyscy byli już bardzo zmęczeni i nieco podirytowani, przewodnicząca komisji stwierdziła, że nie ma już siły i ochoty, by podpisywać protokoły z wynikami głosowania, które sporządzili obserwatorzy. Ostatecznie, wobec naszej twardej postawy, wszystko zakończyło się po naszej myśli.
Rozmawiałem z członkiem jednej z terytorialnych komisji, który powiedział, że każdy (nawet cudzoziemiec) może przebywać w lokalu wyborczym bez zaświadczenia o byciu obserwatorem itp. Mimo to, wiele osób było wyprowadzanych z lokali. Słyszały one przy tym, że ich obecność jest zabroniona przez prawo. Gdy sam w jednym z lokali nie przestawiłem się jako obserwator, lecz student, przydarzyła mi się właśnie taka sytuacja. Poprosiłem więc o pokazanie mi konkretnego przepisu prawnego. Widząc, że przewodnicząca komisji staje się coraz bardziej nerwowa, uznałem, że lepiej będzie się wycofać, by do akcji nie wkroczyła policja.
Mogę wreszcie wspomnieć o wielu lokalnych obserwatorach, którzy jak najciszej (nawet jeśli w stopniu cząstkowym znali język angielski) starali się wytłumaczyć obserwatorom międzynarodowym, że wiele rzeczy jest nie tak. Niektórzy wręcz nalegali, by ich relacja została opublikowana w mediach zachodnich: podsuwali pod obiektywy protokoły naruszeń, wspólne oświadczenia wszystkich obserwatorów obecnych w danym lokalu wyborczym o nieprawidłowościach.
Oprócz obserwowania powyższych naruszeń, a także mniejszych nieprawidłowości, wybory warto było obserwować dla porozmawiania z Rosjanami. Miałem poczucie, że od wielu z nich biło zmęczenie połączone z irytacją. Niektórzy byli w krajach europejskich, a w swojej pracy mieli okazje przebywać np. ze Skandynawami, przez co doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak wygląda rosyjska „suwerenna demokracja”. Wypowiadali się jednak z szacunkiem o swoim kraju, nie szczędząc gorzkich słów tylko przywódcom i rosyjskiej mentalności. Zauważali, że Petersburg jest miastem europejskim, znacznie różniącym się od pozostałych części Rosji. Wyczuwali, że odmienne sympatie polityczne byłej stolicy Rosji rodzą napięcie i niechętny stosunek władz do miasta, a wyniki znacznie odbiegające od ogólnokrajowych to prestiżowa porażka Kremla.
Odniosłem wrażenie, że taka porażka ważniejsza jest dla charakteru miasta niż sprzeciw wobec samych wyborów jako „efektywnie funkcjonującego procesu wyłaniającego przedstawicieli władzy” (jak to określił jeden z poturbowanych podczas poniedziałkowej demonstracji aktywistów opozycyjnych), który powinien być zauważony poza granicami Rosji. On przecież i tak nie będzie miał dużego znaczenia.
Zbrodnia w Ponarach
W lipcu Instytut Pamięci Narodowej wydał broszurę nt. masowych mordów w Ponarach. Zostało tam - w różny sposób - zabitych kilkadziesiąt tysięcy osób, przede wszystkim Żydów, obywateli II RP. Zbrodni dokonano w latach 1941-44 pod auspicjami okupacyjnych władz niemieckich. Nie to jednak budziło i budzi kontrowersje, zwłaszcza że doły, w których grzebano zabitych, oraz dokumentacja nie zostały dokładnie zbadane w czasach sowieckich. Kwestią najbardziej kontrowersyjną był udział w tym makabrycznym procederze ludności litewskiej, przede wszystkim policji zwanej potocznie Saugumą. Władze Litewskiej SRS robiły dużo, by całą odpowiedzialność zrzucić na III Rzeszę, bagatelizując lub negując udział Litwinów.
źródło: flickr.com
Mimo, że od opublikowania broszury minęły już cztery miesiące, przypomniałem sobie o niej właśnie teraz, ponieważ niedawno przejeżdżałem przez Ponary, obecnie dzielnicę Wilna. Dokładnie rok temu, również podczas pobytu w Wilnie, często słuchałem BBC World Service, które emitowało wtedy audycję nt. Holokaustu na Litwie. Pamiętam, że wywołała ona gorącą dyskusję, a jej treść (sprowadzająca się do tego, że Litwini brali czynny udział w Szoah) sprzeciw wielu litewskich naukowców i publicystów.
Broszura jest, moim zdaniem, obiektywna. Zwraca uwagę na to, że to Niemcy ponoszą główną odpowiedzialność za zbrodnię, lecz nie można negować udziału w niej obywateli litewskich. Autorzy publikacji nie twierdzą przy tym, że cały naród litewski był zaangażowany w zagładę Żydów - istotna jest jednak kwestia proporcji i motywacje (dla wielu ludzi w krajach bałtyckich Niemcy byli przecież wyzwolicielami). Proponuję, żeby każdy przekonał się sam o wymowie publikacji IPN, czytając ją.
Litwini - "nadmiernie pesymistyczni"?
Według opublikowanego niedawno raportu Legatum Institute, Legatum Prosperity Index, Litwa znalazła się na 44. miejscu pośród 110 zbadanych państw. Litewską opinię publiczną określono jako "nadmiernie pesymistyczną" (excessively pessimistic).
źródło: flickr.com
Raport podzielono na 8 części: gospodarka (95.miejsce Litwy), przedsiębiorczość (39.), zarządzanie (42.), edukacja (31.), zdrowie (40.), bezpieczeństwo (35.), wolności osobiste (71.) oraz kapitał społeczny (66.). W komentarzu do wyników autorzy stwierdzili, że Litwa dysponuje częstokroć dobrymi warunkami np. do rozpoczęcia i prowadzenia działalności gospodarczej (zwłaszcza w niektórych sektorach usług). Niskie koszty założenia firmy, dobry stan infrastruktury komunikacyjnej, względna efektywność administracji państwowej powodują, że miejsce Litwy w rankingu mogłoby być znacznie wyższe. Dla porównania, Polska uplasowała się na 28. pozycji, pozostałe dwa kraje bałtyckie zaś, Łotwa i Estonia, na odpowiednio 51. i 33. miejscu. Czynnikiem, który znacznie obniża ocenę, są nastroje społeczne.
Litwini sceptycznie odnoszą się do perspektyw na najbliższą przyszłość. Uważają, że gospodarka ich kraju ma się nie najlepiej i nie mają zaufania do sektora finansowego. Zaledwie 38% mieszkańców kraju wierzy, że ciężką pracą mogą osiągnąć sukces. Można podejrzewać, że takie nastawienie w dużej części wynika ze skutków kryzysu finansowego (a następnie gospodarczego), który bardzo uderzył w społeczeństwo litewskie. Sektor bankowy obarczany jest odpowiedzialnością za duży spadek PKB i zubożenie wielu rodzin litewskich.
Kolejne wskaźniki, dotyczące oceny rządu i administracji, edukacji oraz służby zdrowia pokazują, że Litwini zdają się być w znacznej części bardzo pesymistyczni z natury. Tylko kilkanaście procent opinii publicznej ufa wymiarowi sprawiedliwości, a 18% przedstawiło swoje troski osobie publicznej (politykowi czy urzędnikowi). Te wyniki plasują Litwę na szarym końcu rankingu, podobnie jak poziom zaufania do rządu. 69% ludności uważa, że armia skutecznie broni bezpieczeństwa kraju, co jest jednym z najniższych wyników w ogóle.
Powyższa wyliczanka mogłaby mieć jeszcze co najmniej kilka podpunktów. Wyniki raportu Legatum Institute i bez tego pokazują jednak, że istnieją czynniki niezwiązane z rzeczywistą sytuacją kraju, które powodują rozbieżność co do tego, jak kraj przedstawiany jest w liczbach, a jak widzą go jego mieszkańcy. Litwini żywią poczucie, że sprawy mają się znacznie gorzej niż mogłyby się mieć. Winą za to obarczają najwyraźniej nie tylko polityków czy sektor finansowy (skądinąd słusznie obwiniany za walne przyczynienie się do kryzysu). W jednoznacznie negatywnych barwach malują również otoczenie, w jakim przyszło im żyć. Jeśli dodać do tych danych liczbę emigrantów zarobkowych z Litwy w ostatnich kilku latach (szacowaną różnie: od 200 do 500 tysięcy; należy pamiętać, że oficjalnie Litwa liczy ok. 3,5 miliona mieszkańców), można powiedzieć, że Litwini rzeczywiście prezentują znacznie większy sceptycyzm w patrzeniu na przyszłość niż wiele innych krajów i narodów (i to nie tylko europejskich; dla porównania, Litwę w rankingu wyprzedziły borykające się od 3 lat z ogromnymi problemami Irlandia i Islandia, a także Urugwaj czy Chile).


